Ta
chyba najczęściej, obok bocji wspaniałej, spotykana w zbiornikach bocjomaniaków
stosunkowo duża bocja sprawia tyleż radości właścicielom, co kłopotów z
ustaleniem poprawnej naukowej nazwy. Przez wiele lat w systematyce
klasyfikowana była jako Botia lohachata
(Chaudhuri 1912). W ostatnich latach, w kręgach naukowych pojawiły się opinie,
że jest to synonim opisanego przez Graya („Description of twelve new genera of
fish discovered by General Hardwicke in India”, Zool. Misc. 13, 7-10, 1831) gatunku, którego nazwa, Botia almorhae, pochodzi od pierwszej lokalizacji (Almorah, Uttar Pradesh). Kiedy
pod koniec ubiegłego roku wymienialiśmy z dr A.P.Lewisem korespondencję
dotyczącą dowodów jednoznacznie potwierdzających tezę, że obie nazwy łacińskie
dotyczą tego samego gatunku, jeden z czołowych współczesnych ichtiologów dr
M.Kottellat stwierdził, że opinia na ten temat pochodzi od jednego z hinduskich
badaczy i, że nie wszyscy się z nią zgadzają. W tej sytuacji ostateczną decyzję
pozostawmy środowisku
zawodowych
ichtiologów. Wydaje się jednak, że spory wokół tych dwóch problematycznych
gatunków a także innych tajemniczych indyjskich bocji (Botia birdi, Botia dayi)
będą jeszcze dość długo trwały.
U nas rybki tego gatunku (lub gatunków) nazywane
są bocjami siatkowanymi. I chociaż z własnej praktyki stwierdzić muszę, że ryby
pochodzące z różnych dostaw potrafią znacząco się od siebie różnić zarówno
osiąganymi rozmiarami jak i układem fantastycznych wzorów na
srebrno-szaro-białym (czasem lekko kremowym) tle, doszukanie się
niepodważalnych różnic pomiędzy poszczególnymi osobnikami bywa niezwykle
trudne. A przecież trzeba uwzględnić możliwość występowania zmian spowodowanych
lokalnymi warunkami środowiskowymi. Bocje siatkowane znajdowane są w rzekach
Indii, Pakistanu, Bangladeszu i Nepalu, a więc ogromnej obszarowo powierzchni.
Najbardziej typowe wzory na ciele bocji siatkowanej do złudzenia przypominają
kształtem końcowe litery alfabetu (Y lub V) przedzielane owalnymi czarnymi
plamkami. Z tego tez powodu Anglosasi często potocznie nazywają ten gatunek
bocją Yo-Yo.
Zdarzają się jednak bardzo często egzemplarze
pokryte siecią drobniutkich jasnych owalnych cętek przypominających do
złudzenia misternie utkaną siatkę. Poszczególne osobniki wykazują także wyraźne
różnice w intensywności nasycenia ciemnych barw, które dodatkowo mogą ulec
pogłębieniu w stresujących rybki sytuacjach.
Bocje siatkowane zaliczyłbym do grupy ryb o
łagodnym charakterze, które jednak, w miarę potrzeb, potrafią wykazywać
wzmożony temperament. Nawet kilkuletnie osobniki osiągające w warunkach
akwaryjnych imponującą długość 18cm (pod warunkiem zapewnienia dostatecznie
dużej przestrzeni życiowej oraz odpowiedniego dla tej wielkości ryby
jadłospisu) pomimo dość masywnej budowy urządzają szaleńcze gonitwy
przemeblowując niekiedy w zasadniczy sposób, co bardziej ruchome elementy
wyposażenia i wystroju akwarium. Pomimo sporych rozmiarów należą jednak do dość
ostrożnych (bynajmniej nie płochliwych) stworzeń. Zasadniczo trzymają się
strefy przydennej; po pewnym czasie, zwłaszcza w towarzystwie większej liczby
sąsiadów, urządzają w okresie karmienia również wypady w okolice powierzchni
zbiornika. Wyraźnie preferują przyciemnione
miejsca
i nie wiedzieć, dlaczego, upodobanie do uporczywego wypierania konkurencji z
zajętych kryjówek. Trudno jednak w ich zachowaniu dopatrzyć się elementów
agresji, taki mają po prostu sposób bycia i za to chyba (między innymi) tak
bardzo cenią je akwaryści.
W przeciwieństwie do wielu swych pobratymców
bocje siatkowane wykazują, w swym rozwoju gatunkowym, wyraźny dymorfizm
płciowy. Moje wcześniejsze spostrzeżenia na ten temat, opisane na stronach dedykowanego
rodzinie ryb piskorzowatych serwera Loaches On-Line, znalazły potwierdzenie w
doniesieniach pochodzących z tajlandzkiego ośrodka badawczo-rozwojowego, w
którym w warunkach laboratoryjnych prowadzony jest rozród niektórych gatunków
bocji, w
tym
m.in. bocji siatkowanych. Metody rozrodu wymagają jednak ludzkiej interwencji
(ikra jest po prostu wyciskana z ryb), którą raczej trudno jest sobie wyobrazić
w warunkach domowego akwarium. Może jednak do kogoś z was, kiedyś, miejmy
nadzieję, że w niezbyt odległej przyszłości uśmiechnie się szczęście i dojdzie
do naturalnego tarła, chociaż, sądząc z dotychczasowych doświadczeń, nie należy
sobie robić zawczasu nadmiernych nadziei. Pomarzyć jednak nie zaszkodzi…