Bocja kubotai (Botia kubotai)

To bez wątpienia najbardziej medialna ze wszystkich znanych dotychczas bocji, a zarazem najmłodsza w sensie czasu, jaki upłynął od jej oficjalnego wprowadzenia do systematyki. Szwajcarski ichtiolog M.Kottelat 9 stycznia 2004 roku (Zootaxa 401, Botia kubotai, a new species of loach (Teleostei:Cobitidae) from the Ataran River basin (Myanmar), with comments on botiine nomenclature and diagnosis of a new genus) nadał tej prześlicznej bocji patronimiczną nazwę pochodzącą od nazwiska człowieka (K.Kubota), który dostarczał mu materiał, jak się to fachowo określa, do badań naukowych, w tym m.in. pierwsze egzemplarze naszej bohaterki z udokumentowanym miejscem odłowu. Osobiście, ponieważ miałem przyjemność oglądać, jak sądzę jedne z pierwszych, wówczas jeszcze nieoficjalne, zdjęcia egzemplarzy tego gatunku bocji dobrych kilkanaście miesięcy wcześniej, zdążyłem polubić, myślę, że podobnie jak wielu innych fanów akwarystyki, anglojęzyczne nazwy (Botia Angelicus, Polka-dot loach), pod którymi pierwsze partie tych rybek trafiły od Tajskich dystrybutorów na akwarystyczne rynki, najpierw Ameryki Północnej, potem Europy, by wreszcie z pewnym opóźnieniem dotrzeć, choć ciągle jeszcze w minimalnych i chyba niedostatecznych ilościach, do naszego kraju. W tym nieszczęściu jedyna pozytywna wiadomość to fakt, że ominęła nas fala niezwykle wysokich cen, jakie początkowo żądali dystrybutorzy za nowe bocje J. Oby ciągle jeszcze niezaspokojone potrzeby rynku nie doprowadziły do przełowienia znanych stanowisk bocji kubotai i by nie podzieliła ona smutnego losu swojej krewniaczki bocji karłowatej (Yasuhikotakia sidthimunki), która w pewnym momencie niemal zupełnie „zniknęła” w naturze z tradycyjnych łowisk i trafiła do czerwonej księgi UNESCO na listę gatunków zagrożonych wymarciem.

Kropkowana piękność, początkowo zlokalizowana jedynie na ciągle nie do końca spenetrowanych terenach Myanmaru (dawna Birma), jest nie tylko najmłodszą naukowo opisaną przedstawicielką grupy bocji, lecz także, najdalej na wschód wysuniętą, w sensie terytorialnego zasięgu, reprezentantką rodzaju Botia sensu stricte, czyli mówiąc po naszemu bocji właściwych i, jako taka, obdarzona została przez naturę czterema parami wąsików. Holotyp gatunku pochodzący ze strumienia Chon Son, z basenu rzeki Ataran, pomiędzy Kyondaw i Phadaw w prowincji Kayin, około 20km na północny zachód od Payathouzu na granicy z Tajlandią, znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Genewie. Nieco później zlokalizowano także przedstawicielki tego gatunku w dorzeczu rzeki Kwai na terenie Tajlandii. W naturze, bocja kubotai, zamieszkuje wody o wartkim nurcie, czyste i dobrze natlenione, zwykle o kamienistym podłożu. Dlatego przygotowując akwarium dla naszych pupilek warto, w miarę możności, zapewnić przepływ wody nie tylko przy powierzchni, ale również w toni zbiornika. Jakkolwiek wydaje się patrząc na bocje kubotai, że nie sposób nie odróżnić ich od innych przedstawicielek tej grupy, przedstawiony w pracy M.Kottelata nieco uproszczony i schematyczny opis szczegółów ubarwienia naszych bohaterek może w praktyce nie do końca odpowiadać wielu spotykanym w handlu egzemplarzom, zwłaszcza we wczesnym etapie ontogenezy. Kłaniają się nam tutaj, wspomniane przeze mnie przy okazji polemicznego tekstu o „Pięknych nieznajomych”, słowa innego znanego ichtiologa T.R.Robertsa dotyczące kompletności opisu poszczególnych gatunków. Zdaniem Kottelata ubarwienie bocji kubotai zdeterminowane jest efektami przecinania się trzech poziomych i pięciu szerszych czarnych, pionowych pasów, widocznych już u rybek o standardowej długości (bez płetwy ogonowej) nawet poniżej 4cm. Pasy te tworzą cztery pary wydłużonych owalno-eliptycznych, złoto/żółtawo wybarwionych plamek. Wraz z wiekiem rybek poziome i pionowe pasy ulegają poszerzeniu, owalne plamki stają się coraz cieńsze, zaś na ciemnej powierzchni pasów zaczynają się pojawiać rzędy złotawo-żółtych plamek. Moim skromnym zdaniem taka sytuacja w miarę dobrze opisuje tylko część przedstawicielek populacji bocji kubotai, a mechanizmy formowania ostatecznego układu wzorów są dużo bardziej skomplikowane. Znane mi są z autopsji osobniki, o rozmiarach wyraźnie większych od tych, prezentowanych w pracy dr Kottellata, u których istnienia poziomych pasów można by się, co najwyżej domyślać, z wyraźnie dominującymi pionowymi szerokimi pasami, przy nie zawsze jeszcze wyraźnie występujących cętkach do złudzenia przypominającymi wzory charakterystyczne dla bocji podwójnie pręgowanej (Botia rostrata). Dopiero później pionowe pasy zaczynają „wypuszczać” poziome odgałęzienia, dające w dłuższej perspektywie czasowej efekt wcześniej wspomnianych poziomych linii, z których środkowa przebiega mniej więcej na wysokości linii bocznej, górna - wzdłuż, lecz poniżej linii grzbietowej (po obu stronach), zaś dolna w okolicach podbrzusza, ale wciąż w sposób wyraźnie widoczny przy bocznej obserwacji ryby. Również proces nabywania przez rybki kropek na ciemnym podkładzie przebiega u różnych osobników zgoła całkowicie odmiennymi drogami. Można sobie tylko wyobrazić jak dużą gamę wariacji kolorystycznych jest w stanie, w ten sposób, wygenerować matka natura. Na szczęście działa to wyłącznie na korzyść miłośników urody tych przecudnych i towarzyskich stworzeń J.

Kiedy miesiąc wcześniej pisałem tekst poprzedniego akapitu (to dziełko w końcu produkowane jest etapami J), nawet nie podejrzewałem, że tak szybko znajdę namacalny dowód na potwierdzenie wysuwanych, na podstawie obserwacji podrośniętych egzemplarzy bocji kubotai, hipotez dotyczących meandrów ich ontogenetycznego rozwoju. Tymczasem sprowadzona do kraju w drugiej połowie września 2004 roku partia młodych, średnio 4-cm długości „kubotek” pokazuje niezbicie, że przedstawiony przez dr Kottelata opis wykazuje, niestety, sporo luk w odniesieniu do precyzji opisu wczesnego etapu rozwoju tego najmłodszego w grupie bocji gatunku. Przecudne maluchy w dość sporej liczbie zamieszkały w jednym z moich bocjowych zbiorników wspólnie z innymi pacyfistycznie usposobionymi przedstawicielkami grupy bocji właściwych, parą sympatycznych giętkozębów oraz gromadką kirysków. Wiele z nich wyglądem łudząco przypomina bocje wytworne tudzież, nieco rzadziej bocje podwójnie pręgowane lub nieopisane jeszcze naukowo przedstawicielki gatunku Botia sp. aff. rostrata co, dla mniej zaprawionych w wyłapywaniu szczegółów oczu może, nie ukrywam, stanowić początkowo barierę nie do przebycia. Ale, jak głosi stare rosyjskie porzekadło podobno im gorzej, tym lepiej J.

Z drugiej jednak strony możliwość obserwacji rozwoju nie do końca jeszcze poznanego gatunku daje nam niesamowitą przyjemność odkrywania rzeczy nieznanych, a na dodatek, jakby tego było mało, urzekająco pięknych. Przedstawicielki grupy bocji sensu stricte zaliczane do kompleksu bocji siatkowanej zawsze sprawiały sporo kłopotów identyfikacyjnych zarówno zawodowych ichtiologom, jak i akwarystycznej braci. Kolejna członkini tej grupy, czyli, krótko mówiąc, nasza „kropkowana” bohaterka, zdaje się dodatkowo komplikować sprawę, zwłaszcza za młodu, kiedy jej barwy ochronne nie są jeszcze tak wyraziście wzorzyste i jednoznaczne jak ubarwienie dorosłych egzemplarzy. Tak po prawdzie, jak sięgam pamięcią wstecz do dość odległych czasów sprzed dobrych kilkunastu (a może i więcej) miesięcy, kiedy to o bocji kubotai w światowych serwisach informacyjnych pojawiały się pierwsze, lakoniczne wzmianki J, a ja dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionych osób już podziwiałem, wówczas jeszcze nieoficjalne przedpremierowe zdjęcia dorosłych, pochodzących z odłowu, kilkunastocentymetrowej długości przepięknych okazów gatunku nazwanego roboczo Botia Angelicus, odnoszę wrażenie, że możemy się spodziewać istnienia jej kilku odmian barwnych. Nie ułatwi to z pewnością procesu identyfikacji młodych egzemplarzy, choć niewątpliwie, w dalszej perspektywie, dostarczy dodatkowych emocji i wrażeń. Czy zatem można jednoznacznie odróżnić młodą bocję kubotai od innych, podobnie wyglądających za młodu, paskowanych poprzecznie przedstawicielek grupy bocji właściwych? Można, choć nie twierdzę, że w każdym przypadku będzie to łatwe. Chwilowo, dla wszystkich tych, którzy mają problemy z określeniem przynależności gatunkowej swoich małych rybich pociech kolejna porcja zdjęć ilustrująca proces ontogenetycznej transformacji. Na więcej przyjdzie jeszcze pora…

Bocje kubotai, podobnie jak większość ich pobratymców z grupy bocji właściwych, zaliczyć należy do towarzyskich i stosunkowo łagodnych stworzeń, z powodzeniem nadających się do wielogatunkowego akwarium towarzyskiego. Nie oznacza to, że są one zupełnie pozbawione emocji i charakteru, tyle tylko, że rzadko przybiera on formę mniej lub bardziej kontrolowanej agresji, która, jeśli już, zwykle kierowana jest na przedstawicielki własnego gatunku. Czasem nie do końca, tak naprawdę wiadomo, o co chodzi sympatycznym awanturnicom, zwłaszcza za młodu, kiedy jeszcze raczej trudno jest doszukiwać się prób siłowego rozwiązania kwestii przywództwa w grupie. Przyznam, że wyglądające niezwykle poważnie utarczki zdarzają się nader rzadko, a jeszcze trudniej uchwycić je obiektywem fotograficznego aparatu. Kiedy więc w pewien pochmurny jesienny wieczór (było to dokładnie 28 listopada 2004 roku) siedząc z aparatem przy szybie zbiornika zasiedlonego między innymi przez nasze młode bohaterki i usiłując sfotografować wprowadzone dzień wcześniej, nie w pełni rozpoznane brzanki, przyuważyłem rozpoczynającą się zadymę, nie namyślając się długo skierowałem obiektyw w stronę dwóch par zadziornych młokosów toczących zaciekły pojedynek na wzór walk amerykańskich zapaśników. Co jakiś czas następowała zmiana chłopca do bicia, a kiedy już nie stało sił i ochoty wśród gladiatorów to zabawę przeniesiono na trybuny (czytaj na pozostałą część rybiej populacji) gdzie każdy kto się nawinął pod „rękę” zasługiwał na stosownego szturchańca lub, co najmniej, parę wymuszonych sprinterskich kółek wokół akwarium. Jedynie pojawiające się, co jakiś czas, na kolizyjnych kursach większe ryby na krótko przygaszały wszechobecną czupurność i nadmiar, chyba mimo wszystko nie w pełni kontrolowanych, emocji. Cała zawierucha trwała ładnych parę minut i muszę przyznać obiektywnie, że dotychczas nie byłem jeszcze świadkiem „podwodnej zadymy” na tak szeroko zakrojoną skalę J. Najbardziej widocznym efektem były poszarzałe z emocji barwy bojowe zagorzałych uczestników podwodnych młynków i przyłożeń. Szczęśliwie, nawiasem mówiąc zwyczajowo w tego typu sytuacjach, obyło się bez rozlewu krwi i ofiar, zaś jedyne ślady, które po sobie pozostawili uczestnicy widowiska, obejrzeć można na załączonych scenach z pola walki.

Kolejny akapit eposu o bocjach kubotai dopisany został w ponad półtora roku od czasu ich pojawienia się na lokalnym rynku (oraz w akwariach piszącego J). Wydaje się, że możliwość regularnej obserwacji całkiem sporej gromady (ponad 40 sztuk rozmieszczonych w trzech różnych wielogatunkowych zbiornikach) upoważnia do wyciągnięcia pewnych nieco bardziej ogólnych wniosków dotyczących tych przecudnych stworzeń. Jakkolwiek nasze bohaterki, podobnie jak większość swych bliższych i dalszych krewniaczek, nie stronią od przebywania w bezpośrednim sąsiedztwie dna, to jednak z dużo większą ochotą zajmują wyższe, często całkiem odsłonięte, piętra zbiornika przesiadując z upodobaniem na korzeniach lub, o ile warunki pozwalają, pomiędzy łodygami bądź liśćmi podwodnej roślinności. Ich tempo wzrostu uznałbym raczej za umiarkowane, z pewnością w obrębie grupy bocji właściwych nie mogą konkurować w tej dyscyplinie ani z bocjami królewskimi, ani wytwornymi, ani siatkowanymi. Zasłużone, choć przez wielu traktowane jako wyjątkowo pechowe czwarte pod względem wielkości miejsce w grupie sprawia, że z powodzeniem można je hodować w średniej wielkości zbiorniku. Wśród moich podopiecznych tylko pojedyncze egzemplarze, na przestrzeni wspomnianego czasu przekroczyły barierę 10cm, szereg do niej się zbliża, lecz znakomita większość osiągnęła długość w granicach 7-8cm pomimo tego, że nawet te najmniejsze, w wielu wypadkach pozbyły się już prawie całkowicie, młodzieńczych rumieńców J. Nie oznacza to bynajmniej, że utraciły cokolwiek ze swojej niepowtarzalnej, przyciągającej oko urody, o czym, mam nadzieję, przekonują niezbicie dołączone fotografie AD 2005. Mam wrażenie, że wyraźnie szybciej bocje kubotai przyrastały w zbiorniku z dodatkowym relatywnie silnym, wymuszonym obiegiem wody. W pewnym sensie jest to o tyle zrozumiałe, że takie warunki bardziej odpowiadają sytuacji, w jakiej przychodzi im wieść życie w naturalnym środowisku. A przecież wiekszość z nich do niedawna pochodziła z odłowów. Ta sytuacja wydaje się zmieniać, bowiem coraz częściej w ofercie pojawiają się niewielkie "fermowo" rozmnażane osobniki. Wcześniejsze doniesienia o istnieniu dwóch odmian kolorystycznych zdają się potwierdzać na tyle, że w moim osobistym przekonaniu rybki o brązowej karnacji i złoto-żółtych plamkach reprezentują bardziej dorosłą, choć niekoniecznie w tym samym stopniu zrównoważoną, część populacji. Przewaga czarnej pigmentacji jest, zatem, raczej atrybutem młodszych pokoleń. Od strony towarzyskiej też niczego nie można im zarzucić, świetnie znajdują się w praktycznie każdej kompanii, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji i układów towarzyskich J.