Czwarta na liście podwodnych tygrysów Botia berdmorei jest gatunkiem, który
ciągle stwarza sporo problemów identyfikacyjnych nie tylko bocjomaniakom, ale też
i zawodowym ichtiologom. Większość znanych w literaturze zdjęć osobników tego
gatunku de facto pokazuje piękne
okazy pokrewnego gatunku, jakim jest Botia
beauforti. Wypada mieć nadzieję, że pochodzący od Blytha (1860) pierwszy
opis przedstawicielki tego gatunku dotyczy naszej bohaterki. W roku 1945
H.M.Smith zasugerował nawet, że bocje tygrysie z gatunków B. berdmorei, B. beauforti
i B. hymenophysa reprezentują ryby
tego samego gatunku, lecz ze względu na ogromnie rozległy obszar występowania
wykształciły, w procesie ewolucji, wyraźne różnice w ubarwieniu i innych
cechach zewnętrznych. Kiedy jednak przyglądamy się uważnie młodym
tygryskom trudno jest
jednak przychylić się do takiego stwierdzenia, łatwiej bowiem dopatrzyć się
szeregu wizualnie postrzegalnych argumentów przeciw niż za.
Właściwie, początkowo, decydując się na napisanie tego tekstu złamałem narzucone sobie samemu postanowienie o pisaniu jedynie o tych gatunkach bocji, z którymi osobiście zetknąłem się twarzą w twarz, a tego niestety z przykrością to przyznaję, nie dało się, przynajmniej przez dobrych kilka lat zainteresowań przydenną akwarystyką, powiedzieć o rybkach z tego gatunku. Ponieważ dzisiaj (13.04.2003) zupełnie przypadkiem natknąłem się na jednej z amerykańskich aukcji internetowych na licytację całkiem podrośniętych egzemplarzy bocji tygrysiej z gatunku Botia berdmorei, zdecydowałem się przynajmniej w sposób opisowy przedstawić typowe cechy najbardziej chyba , no może obok przedstawicielek gatunku Botia reversa, tajemniczych i fascynujących reprezentantek grupy podwodnych „kociaków”. Kto wie może komuś z was trafi się okazja zobaczyć gdzieś tajemniczego tygrysa, a wówczas warto wiedzieć z kim mamy do czynienia.
To, co na pierwszy rzut oka wydaje się być cechą charakterystyczną dojrzałej bocji berdmorei to układ oliwkowo-zielonych szerokich poprzecznych pasów w liczbie 11 (ostatni dokładnie u nasady płetwy ogonowej), ułożonych regularnie na ciele ryby o żółto-jasnobrązowym stonowanym tle oraz charakterystyczne czerwono-pomarańczowe dość szerokie marginesy na płetwie ogonowej, grzbietowej, odbytowej, brzusznych oraz przedniej części piersiowych. Płetwa ogonowa pokryta jest dużymi, wyraźnymi, owalnymi cętkami, ułożonymi na planie łuków okręgów i nie zachodzącymi na czerwonawo wybarwione obrzeże. Płetwa grzbietowa silnie cętkowana z 3-4 rzędami ukośnie ułożonych owalnych ciemnych plamek. Duża liczba wyraźnych cętek widoczna w przedniej części tułowia z wyraźnym uprzywilejowaniem dolnej części, z wiekiem wykazuje tendencję do zanikania w okolicach około-grzbietowych. Na głowie ryby widoczny jest charakterystyczny ciemny pas biegnący ukośnie od oka w kierunku górnej części pyszczka. Jest on fragmentem układu pasków, które widziane z góry tworzą niezwykle charakterystyczny wzór zaczynający się, patrząc od strony pyszczka, pojedynczym paskiem, mniej więcej w połowie długości głowy, rozwidlającym się symetrycznie na dwa w układzie typu Y, biegnące powyżej oczu ryby (z profilu wydają się być ułożone niemal na samym grzbiecie). U młodych osobników tego gatunku zauważyć można zupełny brak cętek, poprzeczne pasy są nie do końca wyraźnie wykształcone, zaś na płetwie grzbietowej tuż pod czerwonawym marginesem obecna jest duża czarna plamka. Na płetwie ogonowej młodej bocji berdmorei widać trzy-cztery cienkie i ciemne poprzeczne paski, z których z wiekiem wykształcają się tak charakterystyczne dla tego gatunku owalne regularnie rozłożone cętki.
Niedostępność rybek tego gatunku w handlu tłumaczyć chyba należy dużymi trudnościami ich pozyskiwania w środowisku naturalnym. W naturze ryba zamieszkuje trudno dostępne górskie rzeczki i strumienie na terenie Myanmaru (dawna Birma), zaś jej obecność w wodach Tajlandii jest dość wątpliwa. Miejmy jednak nadzieję, że z czasem być może stanie się ona bardziej dostępna i któregoś dnia zawita do jednego z waszych akwariów. W oparciu o znane, nieliczne zdjęcia dorosłych okazów można przypuszczać, że rybki tego gatunku bez problemów osiągają wielkość około 20cm.
Kiedy zatem pewnego październikowego dnia 2004 roku, niemal półtora roku po napisaniu pierwszej części „Tiger story”, do kraju zawitała niewielka, bo licząca zaledwie kilkadziesiąt sztuk partia młodziutkich tygrysków z nieosiągalnego dotychczas gatunku, decyzja nie sprowadzała się do dylematu czy, lecz po prostu ile? Przyznam, że początkowo myślałem o kilku sztukach, w końcu to, jeśli wierzyć słowu pisanemu jedna z większych bocji, a do tego należąca do nie cieszącej się najlepszą opinią, pośród tych „co wiedzą”, gromadki tygrysków. Kiedy jednak stanąłem przed zbiornikiem pełnym prześlicznych młodych bocji berdmorei, które zachowywały się tak jak gdyby pierwszy raz widziały człowieka - pozbawione jakichkolwiek obaw, i tak przez długie (naprawdę długie) minuty przypatrywaliśmy się sobie nawzajem, czułem podświadomie, że trudno mi będzie oprzeć się ich urokowi J. W rozumie, pomimo dość wysokiej ceny, zapadła decyzja o zakupie tuzina rybek. W trakcie odławiania takich raczej mniejszych, tudzież kilku bardziej ekstrawagancko obdarzonych przez naturę paseczkami osobników, subiektywne odczucie o ciągle stosunkowo niewielkiej liczbie wyselekcjonowanych rybek doprowadziło ostatecznie do zakupu 21 bocji (ach ta magia liczb), a i tak z nieukrywanym żalem ukradkiem zerkałem na pozostawioną w zbiorniku dość liczną grupę. Nawiasem mówiąc kilka tygodni później dokupiłem jeszcze jednego prześlicznego pasiaczka. Jak mówi stare angielskie porzekadło jedno dobre posunięcie poprzedza następne Rybki już miałem i to w niewyobrażalnej, jak na moje dotychczasowe doświadczenia z bocjami tygrysimi, ilości, ale stanąłem przed dylematem gdzie umieścić gromadkę nowych podopiecznych. Miejsce w większych akwariach w sumie by się znalazło, lecz wówczas straciłbym wyjątkową szansę (a Wy wraz ze mną) prowadzenia regularnych obserwacji ich zwyczajów i zachowań. Zapadła błyskawiczna decyzja o zakupie dodatkowego zbiornika; zwykle akwaria dojrzewały wcześniej, tym razem przyszedł czas na (nie)wielką improwizację. Kupiony naprędce 126l baniaczek zalany został do mniej więcej 1/3 wysokości wodą pobraną z ustabilizowanych akwariów (kiedy trzeba było konfrontować teorię z faktami zasada minimalizacji ryzyka skłoniła mnie do zastosowania mieszanki wody pochodzącej z dwóch zbiorników).
Dwie pierwsze noce bocje spędziły na szkle mając do dyspozycji kilka fragmentów lignitu, łupiny orzecha kokosowego, dwa koszyczki kryptokoryn oraz dryfujący korzeń. Stopniowo przychodziła kolej na podłoże, dodatkowe korzenie „mopani” oraz „opuva” (ten ostatni pomimo sporych gabarytów i prawie 2kg wagi tonął bez mała tydzień), kolejne, ciągle jeszcze w koszyczkach, roślinki oraz trochę ozdobnych płaskich kamyków rodem z Chin. W rezultacie powstało istne podwodne zwałowisko wszelkiego rodzaju drewna, korzeni i kamieni, które jednak wyjątkowo przypadło do gustu lokatorkom. Kociaczki w dalszym ciągu wykazywały zadziwiający instynkt stadny wyraźnie preferując liczne kuzynostwo ponad samotne eskapady po zacienionych zakamarkach zbiornika. Co więcej, w przeciwieństwie do wszystkich innych gatunków bocji tygrysich, maluchy wyraźnie nie wykazywały tak charakterystycznej dla przedstawicielek tej grupy wrodzonej, pozornie może nieco przesadnej ostrożności, przebywając często, ku niekłamanej uciesze opiekuna, na bezpośrednim widoku J. Po prawdzie (jak wcześniej wspominałem), dotychczas nie miałem sposobności obserwacji tak licznej grupy bocji tygrysich, ale, na przykład, wcześniejsze kontakty z 10-tką młodych bocji beauforti miały, mimo wszystko, dużo mniej konfidencjonalny charakter. Początkowo dietę stanowiły wyłącznie żywe i mrożone larwy ochotki, z czasem zacząłem wprowadzać malutkimi porcjami pokarmy suche, które, co tu dużo ukrywać, cieszyły się zdecydowanie mniejszym powodzeniem wśród słodkowodnych smakoszy.
Początkowo gromadka zachowywała się jak stadko kociaków: szybkich, zwinnych, momentami nieco chaotycznych w poczynaniach, przepychających się nawzajem, ale też, czasem, prężących pręgowane ciałka i demonstrujących drzemiącą w nich siłę. Rybki celowo, pomimo zbliżonego ubarwienia, dobrane zostały w taki sposób by w populacji znaleźli się zarówno mali jak i duzi malcy. Oznaczało to w praktyce rozpiętość długości gdzieś od około 5-6 do 12 centymetrów. Te większe kociaki po upływie trzech tygodni od zasiedlenia zbiornika zaczęły już wykazywać pierwsze oznaki dorosłości anektując „wyłącznie na własność” odpowiadające im zakamarki i kryjówki. W międzyczasie, w sposób trochę niezaplanowany, wprowadzone zostały do tygrysiej enklawy nowe lokatorki - grupka czterech małych, co najwyżej 5cm długości, bocji wspaniałych. Bliskie spotkanie pierwszego stopnia wyglądało i groźnie i komicznie zarazem, bowiem początkowo tygryski dosłownie rzuciły się na nowe sublokatorki „obwąchując” je starannie ze wszystkich możliwych stron przy pomocy swoich, a jakże, wąsików J, by po chwili wrócić, jak gdyby nic się nie wydarzyło, do własnych rutynowych zajęć i czynności. Jednakże w momencie pojawienia się pierwszych oznak terytorialnych aspiracji, u co niektórych, nad wiek wyrośniętych osobników, widać było wyraźnie, że bocja berdmorei to rybka z charakterem, która nie pozwoli wchodzić sobie w drogę nieproszonym intruzom z tym, że, oczywiście, tak jak w przypadku innych przedstawicielek tej grupy, tego typu zachowania są jedynie rodzajem ochrony i obrony proklamowanego przez nią rewiru, a więc proszę bez przesadnych obaw.
Interesująca jest również obserwacja sposobu przyjmowania posiłków. Mrożone niewielkie kawałki wolno opadającej w toni larwy ochotki przechwytywane są w zasadzie w locie. Sposób spożywania żywych larw zasługuje jednakże na osobny komentarz. Odnoszę wrażenie, że bocje celowo pozwalają robaczkom zagrzebać się w podłożu by potem, z premedytacją oraz wyraźnie nieukrywaną satysfakcją, z lubością oddawać się procederowi ich wygrzebywania z ziarnistego podłoża. Jakkolwiek budowa wszystkich przedstawicielek grupy bocji tygrysich wskazuje wyraźnie na naturalną adaptację do grzebania w podłożu, tego typu rozpustne uczty miałem okazję oglądać po raz pierwszy. Wcześniej obserwowane przeze mnie gatunki bocji tygrysich starały się zjadać robaki tak szybko jak tylko było to możliwe i w zasadzie potem wygrzebywać już tylko ocalałe z pogromu niedobitki. Ale kto wie, być może obserwowane zachowanie grupy młodych bocji berdmorei jest efektem poczucia bezpieczeństwa wynikającego z liczności populacji, a być może cechą gatunkową ryby żyjącej w bystrym nurcie rzeki, w którym pokarm w toni nie ma szans utrzymać się zbyt długo.